R E K L A M A
P O R E K L A M I E

Wieluń - forum,adresy, informacje, reklama, kluby, restauracje, komunikacja, pkp, pks, ogłoszenia, praca,mapa, firmy, radio




Wieluń - forum, informacje, ogłoszenia Strona Główna Wieluń - forum, informacje, ogłoszenia


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat :: Następny temat
Otwarty przez: Ferbik
2013-07-20, 16:16
Rowerem po Górach Sowich
Autor Wiadomość
fanzie 
Przyjeżdża na zakupy


Pomógł: 8 razy
Wiek: 28
Dołączył: 06 Lut 2008
Posty: 420
Piwa: 5/8
Skąd: Wieluń
Wysłany: 2013-07-23, 02:07   

Już Wam zazdroszczę wyjazdu.
http://www.klubpodrozniko...e-czyli-olbrzym tutaj jest relacja i zdjęcia z naszego wypadu.
Podziemia które będziecie zwiedzać zostały wybudowane w przeciągu kilku lat (kwestia sporna) nie zostały do końca przebadane i odkryte do dnia dzisiejszego.
Jest to miejsce martyrologii któremu należy się szczególna dbałość i szacunek.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
   
Ferbik 
Administrator



Pomógł: 143 razy
Wiek: 38
Dołączył: 12 Lip 2005
Posty: 15813
Piwa: 108/213
Skąd: Wieluń
Wysłany: 2013-07-23, 08:37   

U nas akurat będzie grupa podzielona na rowerzystów i zwiedzających sztolnie, bo wszystkiego na rowerach objechać się nie da :)
_________________
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
yampress 
WIELUNIAK


Pomógł: 13 razy
Dołączył: 11 Lis 2006
Posty: 3119
Otrzymał 6 piw(a)
Skąd: Wieluń
Wysłany: 2013-07-23, 18:38   

Zespół fortów Srebrna góra (Góry Sowie)
http://www.forty.pl/index.php/srebrna-gora
http://www.4ehf.pl/idm,72...viii-wieku.html
Postaw piwo autorowi tego posta
 
   
Ferbik 
Administrator



Pomógł: 143 razy
Wiek: 38
Dołączył: 12 Lip 2005
Posty: 15813
Piwa: 108/213
Skąd: Wieluń
Wysłany: 2013-07-28, 01:40   

Dobry wieczór wytrwałym.



Wstając o 7 rano nie wiedziałem za bardzo jaki jest dzień. Patrzę, sobota. Czyli to dziś jedziemy w Góry Sowie. Trzeba umyć auto, podjechać na rowerowy serwis dokręcić stery, a potem zaczną się telefony. Wszystko wg planu. Prawie, bo Tranza (he he - nasz bohater), zadzwonił o 8, że on już jest gotowy na zbiórkę. Na tę o 9:30. No to się zaczęliśmy zbierać. Auto zatankowane, kufer od fotoaparatki i Krissa odebrany, tranza czeka. Za jakąś chwilę podjeżdża kitor. Tranza w międzyczasie podziwia osprzęt z długą ogniskową.



Za chwilę jest i Krzyś PD60. W sandałach. Dziwne, bo on nawet po piwo do kuchni chodzi w spdkach.



Jest i fotoaparatka.



Jest i ryngolec, nasza nadzieja na poprawę transportu w tym kraju.



Trasy dojazdu autami nie będziemy opisywać, bo to jest po prostu nudne. Dodam, że niektórzy nachapali się szklanek coca-coli w Macu na Bielanach. Dojechaliśmy w końcu do miejsca zrzutu rowerów, jak i naszego noclegu. A do noclegu jeszcze sporo...



Szybki wjazd do pokoju i szybka przebierka, żeby nie tracić więcej czasu. Tranza znalazł nawet dno w swoim plecaku.



Za chwilę byliśmy już na dole, uzbrojeni po zęby niczym tasiemiec. Po wyciągnięciu mojej mapy nie potrafiłem ogarnąć gdzie są strony świata, a co dopiero gdzie jest przód i tył mapy.



Czas na start. Godzina chyba 14. Miły pan udający, że się zna w okolicy, albo że na mapie powiedział, że trzeba pod górkę. Góra sroga, podjechaliśmy. Coś nie pasowało, zapytałem sympatycznej pani na parkingu na górce o drogę. Kazała zjechać w dół i koło naszego ośrodka skręcić przy ogrodzeniu. Fajnie. Mięśnie rozgrzane, bo za chwilę trzeba było podymać ostro pod górę. W końcu jesteśmy w górach, no kto by się spodziewał! Skoro pod górę, to musi być z góry. I było, a i owszem. Oooo było tak z góry, że cały czas na hamulcu. Ja, mądry postanowiłem na chwileczkę puścić hamulce przy ponad 50km/h przy lekkim wirażu w lewo i w prawo. Po naciśnięciu na hamulce nie było już co kontrować trasy, tylko modlić się o-nie-wy-pier-do-le-nie. Wyrzuciło mnie z drogi, przeskoczyłem przez rowek i na trawie ostatkiem sił wyhamowałem. Kitor popełnił podobny błąd co ja, a Krzyś jeszcze większy, bo jak śrupnął o drogę, to myślałem przez chwilę, że zestrzelono jakiś samolot. Tranza miał przy sobie lód w sprayu, pozamrażał Krzysiowi wszystko łącznie z rowerem i można było jechać dalej. Od tej chwili Krzyś był jakiś taki strasznie oziębły. Skręciliśmy nie w tę drogę co trzeba, dzięki świetnie oznakowanej trasie i cudownej mapie z firmy Compass. Jak chcecie pobłądzić, polecam tę firmę. Idealna dla zakochanych, można dzieki niej tydzień do domu wracać. No ale czas na jakieś zdjęcie. Nie wiem w którym to miejscu było, ale Jolka lans musiała zapodać.



Aaaa już wiem. Minęliśmy jakiś poniemiecki cmientarz, czy jakoś tak. Tam wszystko było poniemieckie chyba, oprócz nas. Góreczka była taka przednia, że mimo wrzucenia na 1 z tyłu i mając 1 z przodu przerzutka postanowiła się zresetować i łańcuch znalazł się w pozycji 0 albo i niżej, czyli szybka wypinka z pedałów, żeby nie stracić zębów i prowadzenie pod górkę.



Niby za chwilę zrobiło się równo i piękne widoczki...



Ja jednak próbując pokręcić do tyłu pedałami prawie znowu nie straciłem zębów.



Okazało się, że łańcuch, który spadł mi między kasetę a szprychy kilka z nich powyginał, zrobiła mi się niezła ósemka a dodatkowo jedna zębatka w wózku prawie odmówiła posłuszeństwa. Kiedy Jolka wygrzewała swoje różne części ciała, my menczyźni próbowaliśmy uporać się z problemem. Zdjęcia Jolki nie będzie, za to nasze owszem.



Po wszelkich próbach udanych i nieudanych czas ruszyć w dalszą drogę.



Niektórym z nas pokończyło się poidło w postaci wody, czy różnych innych ołszitów, więc pocieszyłem, że za jakąś chwilę będzie droga asfaltowa, a za nią bar i parking. Nasz adept Janek z tego powodu bardzo się ucieszył, ale przecież mapa firmy compass, więc chyba tworzona za niemca, jak działał kompleks riese. Nie dość, że minęliśmy rzeczony parking, przy którym baru nawet kawałka nie uświadczyliśmy (bo Niemcy nawet fundamenty zabrali chyba), to zaczęła się górka popierdółka, pod którą jako jedni z licznych prowadziliśmy rowery. Krzyś się czegoś nawąchał i głupek podjechał mimo, że się nie dało. Po zdobyciu tego podjazdu spotkaliśmy panów jadących na grila, którzy powiedzieli, że najbliższy sklep jest na przejściu granicznym. Dojechaliśmy zatem pełni nadziei do oznakowań i otablicowań. Do przejścia 10 km. Niecałe. Godzina już trochę niepoprawna wg naszych założeń, więc czas na zmianę, a raczej drastyczne skrócenie trasy. Kończą się nam zapasy picia.



Nawet nasz adept Janek jednym zassaniem wywrócił bidon na lewą stronę. Ciekawe, czemu ten bidon nie był pomalowany. Może to amelinium?



Jedziemy cały czas granicą. Raz w Polsce, raz w Czechach. Tranza nie wziął żadnych dokumentów ze sobą, to mu kazałem jechać przy prawej krawędzi drogi, żeby go nie deportowali. Zawsze mógł się wytłumaczyć, że jest po naszej stronie. Musieliśmy się w pewnym momencie zatrzymać, bo tranza myślał, że mu coś z plecaka wypadło. Pozbierał i pojechaliśmy dalej.



W tym miejscu tranza wyciągnął ostatnią butelkę z piciem, którą mu szybko rozpracowaliśmy. Chciał nas jeszcze karmić jakimś roztopionym batonikiem, ale powiedzieliśmy, żeby sobie go wsadził w ten. no. A Krzysiu w tym miejscu, to tak normalnie zgrzeszył, że aż mi łzy poleciały. Janek za to sobie odpoczął, a kitor nie był tutaj znacząco istotny. Krzysiuuuuuuuuu! Ty wiesz co!



Niby prosto, ale widok po prawej był zarazem tak fascynujący jak i niebezpieczny, że nie wiedziałem, czy się zatrzymać, czy pieprznąć. Pieprznąłem zatem.



Warto było.



I jeszcze jedno, tym razem z muflonami.



Po pokonaniu pieszo sporej górki, czas na jej matkę. Wdeptaliśmy się prawie w ziemię, ale za chwilę miało się okazać, że już tylko z górki i to przez dłuuugi odcinek. Droga leśna, luźna nawierzchnia, więc znowu na hamulcu. Dojechaliśmy do przeszkody, jaką okazał się być traktor, który ustawiony w poprzek drogi kopał sobie rowek, z kierowcą na czele. A że sytuacja działa się przy granicy, naszły nas dodatkowo jakieś omamy, zapytałem pana w warkoczącym pojeździe o najbliższy sklep: Przepraszam, gdzie tu jest jakiś sklep? Z traktora wydobyło się złowieszcze i ironiczne: hahahahah hahahahah ha hah hahahahaha ha hahahha. Dalej coś tam gadał, ja przytakiwałem głową, że słyszę, nie wiem czy po czesku gadał, czy po polsku, ale przytakiwałem w dwóch językach, jak to grzeczność nakazuje. Minęliśmy pana chichotka i popędziliśmy w dół. Na szczęście w dół. Jest! Jest pierwsze domostwo! Ja, jako herr komander musiałem spełnić się w roli i podjechałem zapukać we wrota i zapytać o wodę. Na pukaniu moja rola się skończyła, bo nikt nie otworzył. Ujadał na nas jakiś taki większy ode mnie pies, ale widać, że głodny. Miał co prawda pół wiadra wody, jednak mimo naszej desperacji odnośnie ugaszenia pragnienia zwyciężył zdrowy rozsądek. Cały czas w dół. Jest asfalt! W prawo, czy w lewo? Na (słowo wymoderowano) mapie w lewo za 2 km przejście graniczne z Czechami i obiecana ziemia obiecana w postaci chyba sklepu. W lewo było pod górkę. W prawo z górki i to z górki sporo. I cywilizancja. Popatrzyłem na załogę, wyczytałem z ich błagalnych, popękanych ust i warg, że chcieliby się czegoś napić naprawdę a nie wg (słowo wymoderowano) mapy, więc krótka decyzja: w dół.



Kitory, Krzysie i Tranzy wszelakie ruszyły przedem, znajdując nawet coś, co przypominało bar. Bar...barzyńskie miejsce. Taki klimat, ale świetny. Po szybkim strzale na orzeźwienie przełyku, chwila odpoczynku. Tam się czas zatrzymał. Krzyś za to musiał się pochwalić, że zdarło mu się lewe kolano na prawym przedramieniu, co daje średnią nad lewym biodrem.




Czy te oczy mogom kłamać? Chyba nie. Powiem jedno. Rano się goliłem, nie wiem, ile jedziemy.



Czas na rebus, czyli mapa na stół. Trzeba było w końcu spróbować znaleźć alternatywę.



Plan taki: zjeżdżamy do Głuszycy. A w Głuszycy zapasy. Doświadczony tym, że skoro kitor wziął dwa bidony, ale obydwa puste, ja w bukłak nalałem sobie 1l i dodatkowo 0,5l w koszyk, z czego to drugie rzuciłem wyschniętemu po chwili kitorowi, nakupowałem całą zgrzewkę wspomagacza. Jolka już się cieszy, że za chwilę potrzyma kroplówkę.



No to napełniamy.



Wszyscy pomagali sobie nawzajem, w końcu Biedronka to reprezentacja Polski, a my czuliśmy się przed nią jak pierwszy skład.



Tylko kitor razem z naszą panią pielęgniarką od iluś tam boleści siedzieli prawie na ławce rezerwistów.



Wracając do naszej cudownej mapy. 100m wcześniej próbowałem ustalić naszą lokalizację, na próżno. Podszedł do nas tubylec, który chciał nam pomóc. Po 10-minutowym wpatrywaniu się w mapę sam nie wiedział, gdzie się znajduje, podejrzewam, że po tym doświadczeniu miał problem z dotarciem do domu. To samo spotkało dwóch młodzieńców pod Biedronką, którzy zawołali trzeciego, starszego kolegę, i razem widocznie do domu już nie trafili. Kolejnego śmiałka próbującego okiełznać moją mapę spotkaliśmy pod kościołem. Temu też nie poszło. Wymyśliłem, że skoro jesteśmy pod kościołem, to szybki różaniec i pod górę. Zapętliliśmy trasę, chociaż nie w tym miejscu mieliśmy to zrobić.



Zapomniałem dodać, że gdzieś, nie pamiętam gdzie, ale wydaje mi się, że tam trochę wcześniej jakby koło miejsca gdzie się wywaliłem, złapałem gumę. Schodziło dość powolnie, jednakże czułem, jak mi rzuca tyłem, jak balajdą ze świniami. Nie dość, że ósemka z tyłu (o tej z przodu nie wspomnę, bo nawet klocków nie blokowała), to jeszcze na flaku. Zdesperowany postanowiłem zmienić. W końcu mamy spory zapas. Tranza w międzyczasie próbował wycentrować koło, ale mu się gwinty pokończyły w szprychach.



W międzyczasie Jolka zapraszała na siebie wszelkie górskie robactwo.



A tranza centruje. Prawie film nakręciliśmy, ale tylko jedno zdjęcie wrzucę, bo oczywiście nie wycentrował. Mimo wszystko senkju Robercik!



Jak Jankowi powiedzieliśmy, że będziemy podjeżdżać pod górkę, z którą Krzyś miał przeżycie seksualne, tylko, że z drugiej strony, to jak miał rumieńce, tak opadły.



Zaczyna się górka. Cały czas pod...



Fajnie się zjeżdżało, a teraz trzeba odrobić. Tam w dole leżał Krzyś parę godzin wcześniej. Jechać się da średnio jak widać.



Wszyscy mieliśmy już nieźle w łydach, udach, tętnie, itp., Janek był mało rozjeżdżony, a że ryngolec był jak ten gin z butelki i spełniał życzenia na telefon, potarliśmy telefon jak tylko udało się złapać zasięg i wezwaliśmy naszego dzielnego gina. Wszyscy myśleli, że ja jako wódz, starym indiańskim sposobem sprawdzam nadjeżdżąjący dyliżans, a ja się tylko na chwilę położyłem, żeby odpocząć.



Janek z niedowierzaniem, jak fatamorganę wypatrywał busa.



Wypatrzył skubany, bo za chwilę nasz gin ryngolec zjawił się, jak autobus na żądanie.



Zapakowaliśmy Janka na busa, po czym sami dzielnie wprowadzając rowery, lub nimi jadąc pokonaliśmy ostatnią, chyba największą pochylnię. Teraz już tylko z górki, zostało naprawdę paręset metrów.



Zajechaliśmy wszyscy, zmęczeni, ale chyba zadowoleni mimo zmiany planów.



Jeszcze tylko szybkie zakupy, kąpiel i można usiąść do wspólnej kolacji w postaci grilla.



Po kolacji każy udał się do swojego łoża, jak widać tranza w pełnej gotowości na jutrzejszy, a raczej dzisiejszy, dalszy podbój gór. Mówiłem mu: nie kładź się pierwszy spać, to nie słuchał, więc teraz ma:



Jak się uda, rano Wielka Sowa nasza. Nie popłaczę się, jak nie zrobimy planu rowerami. Jestem dumny z ekipy, bo wycisnęliśmy jak na ceprów niezłą trasę bez dobrego przygotowania. Dzięki wszystkim i do wieczora.
_________________
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
Mrówek 
Moderator



Pomógł: 53 razy
Dołączył: 26 Sie 2006
Posty: 3747
Piwa: 39/17
Skąd: z Wielunia
Wysłany: 2013-07-28, 10:45   

Czekałem do 1 na relacje i nic... Rewelacja ta relacja. Nie zgubcie zębów na zjazdach!
_________________
"Przed skorzystaniem z forum zapoznaj się z treścią regulaminu dołączonego do niego bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą gdyż każdy post niewłaściwie napisany lub zrozumiany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu."
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
Kmarcin 
Przejeżdżał przez Wieluń



Pomógł: 2 razy
Wiek: 26
Dołączył: 11 Paź 2007
Posty: 56
Skąd: Z lasu
Wysłany: 2013-07-28, 11:23   

Wielka Sowa jest bardzo przyjemnym podjazdem, także trzeba dać radę na rowerach:). Nie jest trudno. Nawet mój pies dał radę- wprawdzie nie na rowerze, ale ktoś chce być porównywany do niego? Lepiej to przebić :) Fajny wyjazd- jeździłbym:)
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
Kriss WD-40 
Czytał o Wieluniu



Wiek: 29
Dołączył: 09 Lip 2012
Posty: 26
Postawił 1 piw(a)
Skąd: Ruda Śląska/Dalachów
Wysłany: 2013-07-28, 19:45   

Dzięki serdeczne wszystkim za udział:))
Pozdrawiam.
Czekam na relację ze zdobycia Wielkiej Sowy.

Kriss WD-40/PD-60....:)
Postaw piwo autorowi tego posta
 
   
tranza 
Dojeżdża PKSem


Pomógł: 1 raz
Wiek: 39
Dołączył: 01 Gru 2006
Posty: 118
Otrzymał 1 piw(a)
Skąd: Krzyworzeka, Oslo
Wysłany: 2013-07-28, 21:17   

witam
dzieki wszystkim za udzial . pozdrowionka .
a gdzie relacja ze zdobycia sowy? ferbik mowilem nie pij piwa
8)
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
tranza 
Dojeżdża PKSem


Pomógł: 1 raz
Wiek: 39
Dołączył: 01 Gru 2006
Posty: 118
Otrzymał 1 piw(a)
Skąd: Krzyworzeka, Oslo
Wysłany: 2013-07-28, 21:21   

ferbk ja mialem 49 km wczoraj wiec wyrzuc te endomondo 8)
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
Kriss WD-40 
Czytał o Wieluniu



Wiek: 29
Dołączył: 09 Lip 2012
Posty: 26
Postawił 1 piw(a)
Skąd: Ruda Śląska/Dalachów
Wysłany: 2013-07-28, 21:28   

Także prawie 5-dych pękło... Oczywiście minus twoje 7km z krzywej rzeki odliczając:)!!!
Dzięki TRANZZZZZZZZZZZZZA !!!!!!
Postaw piwo autorowi tego posta
 
   
Ferbik 
Administrator



Pomógł: 143 razy
Wiek: 38
Dołączył: 12 Lip 2005
Posty: 15813
Piwa: 108/213
Skąd: Wieluń
Wysłany: 2013-07-28, 21:51   

Dziś było - wg planów - zdobycie szczytu Wielkiej Sowy. Udało się, mimo, że trochę krótko, aczkolwiek strasznie wyczerpująco.



Położyłem się spać koło 3. Wszyscy już smacznie spali i przewracali się na drugi boczek. Oprócz Krzysia, bo drugi boczek miał potrzaskany po wczorajszym zjeździe, więc jako jedyny spał tylko na jednym. Około godziny 8:06 z sekundami do naszego pokoju wpadły ryngolce i jednoboczkowe Krzysie na czytanie relacji z dnia poprzedniego.



Śniadanie na 9, więc po porannej toalecie trzeba było jakoś sobie ten czas zapełnić. Trochę spędziliśmy go w altance,



Trochę snując się po górkach na podwórku,



I trochę w hallu, studiując znienawidzoną przeze mnie mapę.



Po śniadaniu zaczęliśmy się przegrupowywać na podjazd. Zdjęć ze śniadania nie wrzucałem, bo tranza narozlewał herbaty i obrus wyszedłby niekorzystnie. Poza tym wszyscy jedliśmy w pośpiechu, bo jeden osobnik skończył swoje śniadanie a potem zaczął opróżniać talerze innych.



Najpierw do pokonania mieliśmy całkiem zgrabną górkę, po czym nastąpiła zjazda na hamulcu, by za chwilę zjechać z asfaltu i zacząć skrobać się znów wiadomo pod co. Temperatura jakieś 900 stopni, ale dało się jej nie czuć przy prędkości powyżej 10km/h.
Niestety podjazd pod Wielką Sowę raczej tego nie umożliwiał.



Wczoraj trasa dość zróżnicowana, dziś monotonnie, pod górkę.



Po 3 km trzeba było zrobić przelew. Tętno coś koło 200.



Dało się nawet prowadzić.



W środku podjazdu ktoś się pomylił i wylał jakieś 300m asfaltu. Poza tym nic się więcej nie wydarzyło z nawierzchnią lepszego.



Ja sobie nawet zrobiłem taki niedzielny, poranny spacerek, ale widząc skierowane we mnie obiektywy szybko wsiadłem na rower, żeby nie było siary.



Z przodu oczywiście komentarze: podjedzie? Nie podjedzie. Ile dajesz?



Wszystkim podjazd robił bardzo źle na kondycji, tylko Krzyś jakiś taki uśmiechnięty. Może nie wiedział, że jedzie pod górkę? W końcu jak wczoraj trzepnął, to nie wiadomo, czy mu się tam przewody nie poprzestawiały.



Jest płaskowyż, zwany Kozim Siodłem. Tu krzyżuje się kilka szlaków, ale aż się boję domyślać się etymologii nazwy.



Tu się niestety skończyła w miarę dobra droga. Dalej wyglądało to, jakby jechał jakiś wóz z kamieniami i co chwila je gubił. No ale w końcu szlak rowerowy.



Na szczęście w paru miejscach były boczne ścieżki, którymi zdecydowanie lepiej prowadziło się nasze haki.



Z każdym metrem w górę wydawało się, że już wyżej chyba nie można, a jednak można.



Nosił rower Krzysia razy kilka, to Krzyś poniósł swojego wilka.



Jeszcze wyżej, ale już zaczyna coraz bardziej wiać, czyli oznaki szczytu. Jechać się nie dało.



Przynajmniej na naszych rowerach, z naszym doświadczeniem i z naszą kondycją. Kolega który tutaj sobie figluje między kamieniami stwierdził, że on kondycji nie ma, bo dopiero 10 raz w tym roku na rowerze. Nie miałem siły rzucić w niego kamieniem. Z nienawiścią i zazdrością patrzyłem tylko, jak się od nas oddala.



No ale wróćmy do rzeczywistości. Niedzielnego spacerku ciąg dalszy.



Szczytowałem jako pierwszy, potem Krzyś, następny był kitor, a tu jak widać ostatni tranza i Jolka.



Na samym szczycie jakiś mądry postawił latarnię morską. W górach. Ciekawe po co.



Zapłaciliśmy nawet za wejście na tę latarnię. Coś koło 1030m n.p.m. To nie waluta, tylko wysokość.



Takie widoki zastaliśmy na samej górze: stąd przyjechaliśmy.



Tam Jolka grzała ławę.



Tam sobie zjedziemy za chwilę.



Ale przed zjazdem parę lanserskich fotek. Tu na tle latarni.



Tu Krzyś udaje, że myśli.



Tu ja udaję, że mam świetną mapę.



Tu napełniamy moją kroplówkę viagrą w płynie.



Tu kitor prosi tranzę o kawałek batonika w płynie.



Dobra. Skończyły się żarty, zaczęły się kamienie.



W dół jeszcze kawałek, a opony ślizgają się na bardzo luźnym podłożu, klocki rozgrzane do czerwoności. Mimo, że gorąco, to przyjemnie nas owiewa.



Cały czas z górki. Jolka i Krzyś gdzieś zostali z tyłu, więc na skrzyżowaniu trzeba poczekać, żeby wskazać drogę.



Czekamy.



Czekamy,



Jest Jolka. A wcześniej Krzyś, ale jechał tak szybko, że nawet fotoradar nie byłby w stanie mu zrobić zdjęcia. Chyba chciał drugi boczek do kompletu, ale dziś się nie udało.



Jedni bardziej, drudzy mniej ryzykownie pokonywali zjazd po luźnych kamieniach.



Kawałek płaskiego, więc czekamy na całą ekipę.



Dojeżdża Jolka jako ostatnia, ale też najbardziej rozważna.



Za chwilę mamy ostatni zjazd, najbardziej stromy. Ci z wysokim ubezpieczeniem pojechali pierwsi.



Ci z lichym ubezpieczeniem tylko przy zusie jadą ostatni, na pełnym hamulcu.



Taki zjazd, że dało się jedynie jechać trawą na moich semi-slickach, bo czułem, jak tracę przyczepność na wysypanej piaskiem drodze. W pewnym momencie nawet zszedłem, ze względu na - wiadomo - niskie ubezpieczenie.



Tak to wyglądało z dołu.



W międzyczasie zdawałem relację telefoniczną. Dwie relacje w jednej.



Ryngolec ze swoją pieszą ekipą pojechał zwiedzać zamek w Książu zaraz jak my się pozbieraliśmy na Sowę, więc wróciliśmy pierwsi i czekaliśmy na ich powrót. W międzyczasie Krzyś chwalił się swoimi siniakami. Tego na biodrze chyba nie miał po wczorajszej wywrotce, możliwe, że to Jolki sprawka.



Z tego czekania zrobiliśmy się trochę głodni, więc wybraliśmy się na obiad. Były rosółki, kurczaki po azjatycku i swojski schaboszczak.



Po obiedzie nadjechały ryngolcowate i mogliśmy udać się w stronę domu. W międzyczasie tranza i Krzyś posnęli jak niemowlaczki.



W rytmach disco-polo wracaliśmy do Wielunia, z piosenką na ustach: "całowałeś dziewczę w plecy? nie proszę księdza, troszeczkę niżej".



Piosenkę tę dedykuję ryngolcom, bo nie słyszeli:

_________________
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
Kriss WD-40 
Czytał o Wieluniu



Wiek: 29
Dołączył: 09 Lip 2012
Posty: 26
Postawił 1 piw(a)
Skąd: Ruda Śląska/Dalachów
Wysłany: 2013-07-28, 22:04   

kabelki mi się wcale nie poprzestawiały ... jeden się tylko przepalił z gorąca:)
Postaw piwo autorowi tego posta
 
   
tranza 
Dojeżdża PKSem


Pomógł: 1 raz
Wiek: 39
Dołączył: 01 Gru 2006
Posty: 118
Otrzymał 1 piw(a)
Skąd: Krzyworzeka, Oslo
Wysłany: 2013-07-28, 22:17   

dzieki za dzisiaj recenzja na 5 z plusem pozdro dla wszystkich :D
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
Ferbik 
Administrator



Pomógł: 143 razy
Wiek: 38
Dołączył: 12 Lip 2005
Posty: 15813
Piwa: 108/213
Skąd: Wieluń
Wysłany: 2013-07-29, 00:04   

tranza, spoko. Spójrz na opisy tych tras: http://strefamtbgluszyca....a=php/trasy.php i powiedz, że wczorajszy plan zrobienia najtrudniejszej z możliwych tam tras powiódł się w znacznej części, mimo późnego startu i problemów na trasie. Jestem naprawdę szczęśliwy i dumny, że tak podołaliśmy. We wrześniu już kolejna wyprawa, chyba też w góry na kilka dni.
_________________
Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
   
miko 005 
WIELUNIAK



Pomógł: 42 razy
Wiek: 52
Dołączył: 04 Mar 2006
Posty: 4308
Piwa: 77/53
Skąd: wieluń
Wysłany: 2013-07-29, 17:02   

Gratuluję osiągnięcia celu, ale przede wszystkim fajnie spędziliście ten czas. Bezcenne :)
_________________
Im dłużej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
   
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template Acid v 0.4 modified by Nasedo.


Wieluń Forum dyskusyjne
Kontakt z Administracją Forum | Kontakt z właścicielem domeny
Stomatolog Wieluń Sprawdzenie przebiegu BMW darmowe aliasy | Montaż instalacji gazowych | Skracanie linków | Klinika BMW | Notariusz Włochy | BMW VIN Dekoder | Sprowadzanie BMW z Niemiec | Warebud BMW SPRAWDZENIE PRZEBIEGU,HISTORIA SERWISOWA BMW